marianek blog

Twój nowy blog

Beztroskość czasu, ciągłe zalatanie
I kilka rozmów,  nie do powtórzenia
I ten nocny telefon, ze śmiechu płakanie
Które teraz przykryła zasłona milczenia

Zwykłe decyzja – nie miała z nami nic wspólnego
A jednak dzisiaj, gdy o tym pomyślę, czuję się nieswojo
I doprawdy nie wiem, czemu płaczę łzami bezsilnego
Kiedy w sklepie widzę zwykły napój SOHO

[*][*][*]

Brak komentarzy
Odeszłaś tak szybko… Bez zapowiedzi… Tak nagle… Do dziś nie mogę zrozumieć dlaczego…
Widziałam Cię jeszcze w sobotę po południu, a w dwie godziny później Ciebie już prawie nie było…
Byłaś najlepszą osobą jaką znałam. Choć nigdy tego nie dostrzegałam. Kochałam Cię jak siostrę, ale zbyt rzadko przychodziłam. Zbyt często zapominałam. Bo przecież zawsze był czas…

Czasu zabrakło. Co teraz?

Zawsze uśmiechnięta, odważna, zadziorna. Silna za nas wszystkie. Żadne słowa nie oddadzą Twojej osoby…  Nigdy się nie skarżyłaś… Dziś nie mogę zrozumieć : dlaczego? Szczera aż do bólu… A jednak Twoja szczerość nie bolała. Twoja szczerość była boleśnie prawdziwa, ale ja wiedziałam, że nieważne co powiesz… Nie ważne co zrobisz. Akceptujesz mnie i nie czekasz aż się zmienię. Bo przecież, gdyby tak nie było, czy tyle pięknych wspomnień dziś by mi pozostało?
Tylu rzeczy się bałam. Teraz już nie boję się niczego… Bo czego można się bać, kiedy wiem, że Ty wiesz już co jest po drugiej stronie… Gdy zasypiam, wiem, że najgorsze co może się zdażyć, jest jednocześnie najlepsze. Bo wiąże się z Tobą.
Byłaś mi przyjaciółką. Prawdziwą. Najlepszą. A mimo to, ja nigdy Cię tak nie nazwałam… Dziś zostaje mi tylko zacisnąć pięści i znosić ból, który sama sobie zadaję.
Jedyna osoba, która nie pytała, a wiedziała. Jedyna, która rozumiała. I tyle wystarczy.
Nieważne co teraz napiszę. Od Twojej śmierci mija drugi tydzień, a ja wciąż czekam, że spotkam Cię na ulicy przypadkiem, jak w sobotę. I znowu opowiem Ci co się zdażyło… A kiedy powiem, że zachowywałam, się jak idiotka, ty odpowiesz mi… : „nic nowego”.
I zaśmiejemy się obie.
A ja tym razem pójdę do Ciebie, tak jak prosiłaś i nie będę tego odwlekać w nieskończoność…

Koniec.
Minęło.
Byłaś najlepsza…
Żegnaj.
I żadne łzy tego nie zmienią…

W moje życie ostatnimi czasy wdarło się nieco optymizmu. Czy to za sprawą słoneczka, które coraz usilniej praży, czy za sprawą jakiegoś aniołka, który ostatnimi czasy działa cuda w mojej głowie, a jednak stało się.
Z uśmiechem idę w życie, zaczęłam serio traktować studia i mimo, że wciąż planuję wyjechać, to już nie spieszy mi się tak jak dawniej. Bo faktem jest, że jest dobrze :D
A ludzie są cudowni! Naprawdę!
Im częściej się do nich uśmiecham, tym częściej oni się śmieją. Zabawny jest ten świat.
Ale jednego zarzucić mu nie można.
Konsekwentny jest jak cholera :D

Optymistycznie, do zobaczenia :)

kurwa! popierdolone to wszystko. Praca, uczelnia, druga praca… I słuchanie – czemu ty nic w domu nie zrobisz?!
Mam to gdzieś. Ale za dużo zobowiązań, nie wyrobię. Od 13 dni nie miałam ani jednego wolnego dnia. Bo zawsze kurwa COŚ!
I ten stres, kiedy wiesz, że kogoś zawiedziesz…
Jutro jestem udupiona. Muszę jechać na uczelnie… Na godzinę, może dwie, ale muszę.
Co z tego? I tak idę do pracy. Bo jak nie było, to nie, a jak jest to kurwa wszystko na raz.
A niektórzy nie raczą nawet dać znać, że nie przyjdą. Pojebane to wszystko…
Nie sypiam, zawalam studia, i J. chodzi niezadowolona, że nic nie robię w domu. Mam to gdzieś.
Ale chcę się upić.
A potem zasnąć.
I spać.
Do ósmej… ;(
Za wiele?


Jak zamek z piasku runął zalany,
Tak spadłeś w dół, z myślą odległą.
A morze wspomnień nieprzejednanych -
Śmierć nieuniknioną, spotkały przebiegłą…

Nie było czasu powiedzieć ni słowa.
Nie miałeś czasu pożegnać się ze światem.
I tak spadałeś z setką ludzi, wciąż od nowa.
I odtąd tylko ziemia pozostała Ci bratem….

Z setkami ludzi, z łzą w oku zamkniętą,
A w myśli tylko obraz pozostał Wasz.
I tak jak kiedyś coś Nas pochłonęło,
Nie zwróci Was łza, nie odda Was czas…
   
Dziś się żegnamy: W imię Ojca i Syna!
A w naszych ustach brzmi to jak przekleństwo.  
I rozpacz tak pusta jak tamta godzina,
Bo runąłeś zatracając nie jedno człowieczeństwo…

[10 kwiecień 2010]

Cóż. Nie powiem, że jest fajnie, bo kurwa, hipokrytką nie jestem. Po tygodniu odkrywania jak bardzo puste i szare jest moje życie, jak bardzo jest mi z tym źle, jak wiele mam w sobie żalu, dotarło do mnie, czym spowodowany jest ten fakt, że nie mogę się pozbierać.
Coś bowiem musi być powodem tego, że pierwsza rzecz jaką robię po przyjściu do domu jest dwudziestominutowy czy nawet dłuższy płacz. Tak jak to, że nie umiem już się dobrze bawić z ludźmi.
A tu kurwa dziś spłynęło. jak oświecenie. Sama sobie zadałam pytanie: dlaczego? i do mnie dotarło.
Takie zachowanie przywiodło na mysl to co kiedyś było z panem M i co? I wszystko stało się jasne (reszty się domyślcie – albo nie).
I znowu okazało się, ze brak mi konsekwencji i charakteru…
I teraz dopiero dociera do mnie jak bardzo muszę zrobić coś ze swoim życiem, bo skisnę. Bo dla ludzi jest ok, wszystko w porządku. I tylko ja wiem, że teraz kiedy Olek mówi o swojej wieży z kart, a pani A. opowiada co się dzieje w jej życiu: ja skręcam się z bólu, bo boli mnie serce.
Kurwa. I nawet nie umiem tego napisać dobrze…
Jest źle.

majacząc

Brak komentarzy

Chciałabym, żeby już było jutro. Chciałabym przespać większą część nocy. Chciałabym wiele.
Dziś udało mi się spac około 3 godziny ;/ To rekord zważywszy na to, że wczoraj spałam jedną, a przedwczoraj w ogóle. Chciałabym wiedzieć czemu.
Jestem nieprzytomna. Nie kontaktuję. Ledwo patrzę, ale kiedy przykładam głowę od poduszki czuję się pobudzona.
Noi co ja, kurwa, mam zrobić, co?

A tu wizja zaproszenia do kina jutro. A tu szykująca się noc filmowa czy coś… Kurwa!
Nie chce mi się do kina jechać. ;/

No więc. Zacznę od początku.
Po pierwsze to straaaaaaasznie, ale to straaaasznie nie chciało mi się wstawać. No ale nic. Wzięłam się w garść i pojechałam na angola. Nie było źle, tylko babka chyba ma wygórowane ambicje, ale nic to :)
Po angolu wróciłam na dwie godziny do domku. Przyszła wtedy pani B i tak mi się nie chciało jechać na wykłady, że szok. Ale zawzięłam się i pojechałam. Trochę za późno wyszłam, więc musiałam nieźle przygazować :)
Na stacji okazało się, że na uczelnie jedzie też Mała! O matko… Jak ja jej dawno nie widziałam. No to nic dziwnego, że sobie pogadałyśmy, powspominałyśmy, po czym tak zachciało mi się umówić z nią na piwo, że aż mi głupio :) Swoją droga ja naprawdę nie pojmuję jak można studiować filozofię, ale mniejsza :) Jak się okazało, o czym jeszcze nie napisałam, Małe studiuje tam gdzie ja, więc mam nadzieje częściej ją wydywać. Szczególnie w czwartki.
A jak miło było poobgadywać PEWNE osoby :P (wredota ze mnie).
No nic.
Oczywiście Ktoś na wykładach się nie pojawił, o czym raczył poinformować na godzinę przed ich rozpoczęciem. W sumie dobrze. Przynajmniej dłużej sobie pogadałam :P
Wykłady ciągnęły się długo i namiętnie. Na początku drugiego udało mi się stworzyć 1/15 opowiadania, które na poczekaniu wymyśliłam (taa… Żeby to 1/15). No a potem powrót.
Niby zwykła jazda pociągiem, ale za plecami cały czas słyszałam pewnego pana, który nadawał mniej więcej tak: „Student to darmozjad! Jak się chce uczyć, to niech się uczy, ale to i tak darmozjad! Ja nie chcę płacić podatków za studentów. To darmozjady… ” I tak w kółko. W końcu jakaś kobieta powiedziała mu, że ona nie zamierza z nim dyskutować, a on na to: „Nie? No to niech pani policję weźmie!”. Cóż… Jak widać Pan nie mógł sobie zarzucić, że był darmozjadem :P
Żeby było  śmiesznie w drodze do domu jakiś koleś – troszkę wstawiony – zaczął się mnie pytać gdzie chcę dotrzeć. Nie bardzo rozumiałam o co mu chodzi, ale zdecydowałam się czekać 15 minut na autobus, na wypadek, gdyby miał za dużo czasu wolnego. Na szczęście, gdy ten nadjechał,  „pan wstawiony” nie wsiadł do niego :))
No a kiedy wróciłam do domu po tym emocjonującym dniu odkryłam, że pani z Fundacji odpisała mi na maila. Co prawda w mailu tym informowała mnie, że musi zrezygnować ze spotkania następnego dnia i że mam zadzwonić w przyszłym tygodniu – zapewne pomyliła się i umówiła się na spotkanie z kimś innym :P – ale to chyba znaczy, że mogę. Prawda? :P Znaczy? Znaczy?:P
No to w skrócie tyle.
See you nara i „pies cie jebał” :P

fuck

Brak komentarzy

znowu dzieje się coś niedobrego. Cholera mnie trafia, bo wiem, że nie mam ku temu powodu, a jednak całe dnie rycze po kątach, albo skupiam się, by tego nie zrobić. J znów zaczęła się czepiać, a ja czuję jak siły mnie opuszczają. Bo nie mam siły na nic, bo znowu mam problmey ze stawami i w ogóle jakieś to wszystko do dupy jest.
Ale co ja tam wiem…

wkurzona…

Brak komentarzy

Wczoraj było cudownie. Zawdzięczam to dwóm duszyczkom, które kocham (właściwie trzem :D). Dawno tak dobrze się wybawiłam.

A dziś?
No niby nic. Tylko mam dość tego, że wszyscy uważają, że Marian jest na kązde zawołanie. Do cholery! Mam własne życie! Nie koniecznie chcę spędzić je na pilnowaniu, żeby INNI dobrze się bawili. Skąd o tym może wiedzieć J.? Skąd może wiedzieć Krystian? Skąd mogą wiedzieć wszyscy!?
Nie wzięłam na siebie odpowiedzialności, bo nikt mnie o to nie prosił. A potem? Wypominanie! Złość! Ona po kilku miesiącach spotkała się z koleżanką!? Okey. A ja miałam inne zobowiązania. I mam dość tego, że miałam jeszcze latać za chłopcem, którego być może kocham, ale nie jest całym moim życiem. Przyjdę do niego, pochodzę z nim, ale nie kiedy mam mnóstwo innych rzeczy do roboty!
SŁYSZYSZ MAMO?

Fuck…


  • RSS